poniedziałek, 22 stycznia 2018

We dwoje – za każdą cenę?



Współczesny świat tak pędzi, że ludziom zaczyna chyba brakować już czasu na normalne poznawanie się i łączenie w pary. Do takiego wniosku doszedłem po przypadkowym obejrzeniu na stacji Discowery Life programu „Włoska randka w łóżku”. W skrócie polega to na tym, że dwoje w różnym wieku ludzi – którzy nigdy wcześniej się nie widzieli - spotyka się w studiu, nawzajem rozbiera (tylko do bielizny!), kładzie się do łóżka i usiłuje poznać, wykonując polecenia, płynące z umieszczonego przed nimi ekranu.
Nie ukrywam, że program zaciekawił mnie i to z kilku powodów. Zainteresowało mnie, między innymi to, jak telewizja radzi sobie z tym co dawniej było domeną swatek i swatów – bo celem programu jest umożliwienie dwojgu ludziom różnej płci poznanie się w stopniu zachęcającym do kontynuowania znajomości. W przeciągu pół godziny! A także to, jak „randkowicze” poradzą sobie z przełamywaniem naturalnego przecież skrępowania przy wzajemnym zdejmowaniu ze siebie odzienia. Spotykają się przecież pierwszy raz, a telewizyjne studio to przecież nie gabinet lekarski. W dodatku świadomość tego, że będą ich oglądali rzesze telewidzów, naprawdę może paraliżować. Okazało się jednak, iż większych kłopotów z wzajemnym zdejmowaniem ubrań, uczestnicy programu raczej nie mieli, chociaż prawie każdy/każda deklarowali, że się trochę krępują, wstydzą lub po prostu stresują sytuacją w jakiej się znaleźli. Jak wspomniałem, byli to ludzie w różnym wieku. Młodzi, o idealnych wręcz figurach, ale też i trochę starsze pary, nierzadko z krągłościami czy widocznymi tu i ówdzie fałdkami. Pomyślałem, że to i dobrze. Przynajmniej jeden program przedstawia ludzi takimi jakimi oni są, a nie sztucznie wymodelowane człekopodobne twory. Bardzo ciekawa wydała mi się psychologiczna strona audycji. Bardzo czytelnie bowiem przedstawiała ona wewnętrzne rozterki ludzi, którzy spotkali się po raz pierwszy w życiu, a których formuła programu niejako przymusiła do bliskości – uczestnicy musieli się przytulać, wzajemnie dotykać, masować lub wręcz pocałować. I tu dopadły mnie pierwsze wątpliwości. Doskonale rozumiem ludzką potrzebę znalezienia sobie drugiej połówki, ale czy w taki akurat sposób i na oczach całego świata? Rozumiem, iż wszystko się zmienia, w tym kanony moralne, mentalne czy wręcz światopoglądowe. Ale obnażanie przed kamerami swego psychicznego wnętrza (fizyczna zewnętrzność była całkiem niezła i do przyjęcia) to już taki trochę – jak dla mnie – osobowościowy ekshibicjonizm. Niezbyt apetyczny do przełknięcia. No cóż, kształtowały mnie trochę inne czasy i pewno staroświecko patrzę na obecne. Ale czy w przeciągu pół godziny można poznać drugiego człowieka na tyle aby wspólnie planować jakąkolwiek przyszłość? Bardzo wątpię. Nie wydaje mi się dobrym pomysłem, takie akurat szukanie swej drugiej połówki. Chyba, że to tylko taki pic, a głównym celem uczestników „randki” jest medialne zaistnienie, a stacji telewizyjnych pozyskanie jeszcze liczniejszej widowni. To bardzo prawdopodobne, bo gdy zacząłem szukać w sieci czegoś więcej na temat tego programu, to okazało się, że jest jeszcze kilka podobnych. Np. „Rozbierana randka”, „Goła randka” czy polska edycja „Undressed: randka w łóżku”. No cóż, sami obdzieramy się z intymności, a potem dziwimy, że wszyscy o wszystkich wszystko wiedzą, a jednak ludzie są jacyś tacy samotni.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz