środa, 6 czerwca 2018

Była sobie… „Basztowa”



Myślę, że w Czchowie (i okolicy) mało jest ludzi, którzy nie pamiętają restauracji pod nazwą „Basztowa”, która znajdowała się na czchowskim rynku. No, może jedynie ci z bardzo młodego pokolenia mogą nie pamiętać. Tej klasycznej „Basztowej” od dawna już nie ma – odeszła wraz z minionym ustrojem. I słusznie, ponieważ nawet sama nazwa „restauracja” była sporo na wyrost, a już zupełnie lokal ten nie pasowałby do obecnych czasów.
Nie można jednak w żaden sposób zaprzeczyć, iż „Basztowa” to kawałek historii Czchowa. Tak, już historii, bo właśnie trwa wyburzanie budynku, w którym lokal ten przez długie lata funkcjonował. Może, a nawet na pewno, historia ta nie była chlubą naszej miejscowości. Nie da się bowiem ukryć, że „Basztowa” była miejscem gdzie głównie się popijało i to czasem dość tęgo. Nie można jednak też zaprzeczyć, iż było to miejsce specyficznej międzyludzkiej integracji. Że przy kuflu piwa? Takie były czasy. Za pieniądze niewiele dało się kupić, a alkohol był wówczas stosunkowo tani. Innych, bardziej ambitnych rozrywek było jak na lekarstwo, pozostawała więc „Basztowa”. Ze swoistą atmosferą mieszaniny gwaru, tytoniowego dymu, głośnego  zgrzytu przesuwanych po betonowej podłodze krzeseł i stołów, szczęku kufli oraz trzasku wahadłowych drzwi. Jak bardzo to wciągało, najlepiej wiedziały żony, matki czy partnerki stałych „Basztowej” bywalców, które bardzo często przeklinały ten lokal, modląc się chyba aby piorun w niego trzasnął. „Basztowa” była też solą w oku miejscowych proboszczów, czemu akurat wcale dziwić się nie można, bo bywała swoistą „konkurencją” dla wszelkich nabożeństw. Sam Pan Bóg tylko wie ilu osobników - mówiąc w domu, że idą do kościoła - lądowało w „Basztowej”. I to na czas aż do jej zamknięcia! Z „Basztową” ciągle miała też zajęcie ówczesna milicja. Rozgrzane alkoholem umysły jej klientów były powodem częstych pojedynków w stylu wolnej amerykanki, a te z kolei pacyfikowali wzywani na tą okoliczność funkcjonariusze. Oj, nie jeden poczuł na swej skórze milicyjną pałkę, niejeden zapłacił kolegium i nie jeden klient „Basztowej” przenocował na aresztanckiej pryczy. Jednak generalnie rzecz  ujmując, restauracja dość dobrze zaspokajała ówczesne potrzeby okolicznej ludności. Wcale nie przeszkadzał w tym ciągły brak (zwłaszcza w soboty i niedziele) kufli. Była na to rada. Albo zdobyty kufel trzymało się do własnej dyspozycji przez cały pobyt w lokalu, albo lało się piwo do różnych baniek. Do np. konwi na mleko też. Jak już wspomniałem, „Basztowa” wciągała. Do tego stopnia, że dzień bez jej odwiedzenia, był dniem niedopełnionym, prawie  że straconym. Wiele osób może to potwierdzić, w tym (biję się w piersi) i ja. Jeszcze w czasach mojego dzieciństwa, w „Basztowej” – przez dość krótki okres - odbywały się także… dancingi. Tak, tak! Obserwowaliśmy je z rówieśnikami zza okien. Byłbym niesprawiedliwy, gdybym nie wspomniał, że w „Basztowej” można też było się posilić. Pominę tu obowiązkową zakąskę do piwa czy innych alkoholi, a był w historii tego lokalu też i taki okres. Nie sposób jednak zapomnieć czasu gdy do „Basztowej” chodziło się na śledzia. Obojętnie czy te w śmietanie, czy w oleju, czy wreszcie w majonezie – wszystkie były wyśmienite. Długo by jeszcze można było wspominać „Basztową” i różne wydarzenia z nią związane, bo było ich naprawdę wiele i każdy zapamiętał inne.  Wcale też nie tęsknię za tamtym okresem, ani nie uważam, że był on dobry w moim przynajmniej życiu. Chciałem tylko odnotować coś co było i jest już przeszłością. Może nie najlepsze było to „coś”, może nawet złe. Faktem jest, że to już historia. Taka mała, lokalna, ale historia. A jej nigdy nie powinno się zmieniać, fałszować czy zakłamywać. Trzeba zachować ją dla potomnych taką jaka była – dla nauki, przestrogi lub naśladowania. Co kto woli.







 

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz